Ucisk w żołądku natychmiast przeradza się w ciepło, w zimno. W pulsujące pobudzenie. Z każdym krokiem niechciane wrażenie rozlewa się po ciele. Biorę głębszy wdech, przełykam ślinę, powtarzam w myślach: żadnych banalnych tęsknot. Żadnego wspominania, żadnego roztkliwiania się. A już na pewno nie nad S. Żenujące, że to tyle trwa. Że wciąż to w sobie pielęgnuję. Zwalniam. Śledzę malejące numery na kolejnych drzwiach. Srebrzyste cyfry odbijają sufitowe światło i moją zniekształconą postać. W powietrzu nie czuć już perfum S., tylko chemiczny aromat środków czystości – ten specyficzny zapach bezosobowych miejsc, gdzie nikt nie przebywa na stałe. Wsłuchuję się w ciszę. Żadnych głosów, telewizorów, muzyki. Pokoje są puste albo dobrze wygłuszone.
(…) Zatrzymuję się przy najbliższych drzwiach i patrzę z dystansu w szklane oko judasza. Wyobrażam sobie, że w środku jest ktoś taki jak ja. Patrzę w szklane oko, oko patrzy na mnie. Dopiero po chwili zauważam cyfry 3704 nad wizjerem. Wyciągam z kieszeni plastikową kartę, przykładam do czarnego czytnika – piknięcie. Naciskam chłodną, metalową klamkę. Drzwi otwierają się bezgłośnie, zapraszająco. Zerkam do ciemnego wnętrza zza progu i czuję podobny rodzaj pobudzenia, jakie towarzyszyło mi kiedyś przed wyjściem na scenę. Serce bije za głośno. Słyszę cichy szum, trochę jak przed spektaklem. Tutaj to chyba klimatyzacja… a może to krew tak pulsuje mi w uszach. Najmniejsze przedstawienie na świecie – czas zacząć.”